Problem goni problem

Pokonałam swoje fobie. Wprawdzie zajęło mi to dwa miesiące, ale dałam radę. Dochodziło do strasznych rzeczy. Mąż nie mógł mnie nawet dotknąć. Wydawać by się mogło, że więcej problemów nie ma, a jednak… Kiedy poradziłam sobie z jednym, wychodzą następne, żeby tylko człowiek nie był nadto szczęśliwy. Nie będę próbować ich zwalczać, bo starałam się przez dwa lata, ale nie przyniosło to efektów. Najbliższa osoba potrafi mówić rzeczy tak straszne, o jakich się rzadko słyszy. Postanowiłam to olewać. Olewam kogoś, kto nie umie radzić sobie z emocjami. Nawet jeśli to ktoś dla mnie ważny. Wszystko wybacza się tylko dziecku, a żeby być dobrą matką muszę zadbać o swoją godność. Od jutra wracam na uczelnię i mam nadzieję, że nowe twarze (inne niż te w domu) zrobią mi dobrze. Jeżeli nie pozabijamy się z mężem, to pod koniec życia stwierdzę, że związek był udany.

Podsumowując i postanawiając

Kończący się rok był najwspanialszym w moim życiu, mimo że w małżeństwie nie układało się najlepiej. Na świat przyszedł syn i ten jeden, krótki moment rekompensuje wszystko. Mąż był przy porodzie, dzięki czemu razem możemy ze wzruszeniem do tego wracać. To będą pierwsze święta z dzieckiem „na zewnątrz”. Już nie mogę się doczekać! Czuję, że moja Mała Żabka przywróci ciepły, świąteczny klimat, którego nie czułam w ostatnich latach. Mam nadzieję, że i z Karolem wszystko wyjdzie na prostą. Odnajdziemy na nowo bliskość, którą niestety gdzieś zgubiliśmy. Na szczęście nie przestaliśmy się kochać, więc wszystko przed nami. Nie robię konkretnych postanowień na przyszły rok. Jedno ogólne – NIE MARNOWAĆ CZASU. Kilka dni temu przeczytałam bloga, na którym autorka opisała walkę z chorobą. Popchnęło mnie to ku poważnym refleksjom, stąd taka decyzja.
Marzy mi się też ślub kościelny, ale w tym momencie zależy to bardziej od Karola. Ja już wyraziłam chęć stanięcia na ślubnym kobiercu. Ograniczają nas też pieniądze, których trzeba wydać mnóstwo przy organizacji przyjęcia, a my nie mamy nawet trochę. Nic nie mamy. Żyjemy od wypłaty do wypłaty, a i to czasami nie wystarcza. Wcześniej myślałam, że poczekamy kilka lat, aż będzie nas stać na wesele. Im dłużej mieszkamy razem, tym bardziej mi czegoś brakuje, odczuwam pragnienie i potrzebę zapieczętowania związku przed Bogiem. Męczy mnie to, że nie mogę przyjmować Komunii. Cały czas czuję niedosyt. Co ciekawe – nie jestem bardzo wierzącą osobą. W kościele bywam przy okazji większych świąt lub raz na miesiąc podczas niedzielnej mszy (ostatnio i tak rzadziej).
Nowy Roku, pomóż mi, aby moje postanowienia nie były jak te węgorze, które łatwo złapać, ale trudno utrzymać.

Moje paranoje

Wiecie… mam taką swoją fobię. Ciążową. Osiągnęła apogeum, ponieważ dziś miałam dostać miesiączkę, która jednak nie pojawiła się (miała prawo, zaburzona gospodarka hormonalna). Paranoja polega na tym, że wszędzie widzę plemniki. Na zlewie, na desce w ubikacji, na prysznicu, na ręczniku itd. Wszędzie. I wszystkie są w stanie mnie zapłodnić. Już nawet wymyśliłam nazwę dla tej choroby – symptom wczesnego macierzyństwa. Chodzi o to, że nie jestem kompletnie przygotowana na drugie dziecko. Nie stać mnie na nie, chciałabym skończyć studia, a społeczeństwo wyklęłoby dwudziestoletnią dziewczynę z dwójką dzieci. Jak tylko dostanę miesiączkę, aplikuję zastrzyk hormonalny i mam nadzieję, że moja głowa nie wymyśli nic, co mogłoby podważyć skuteczność leku. Cierpi na tym moje małżeństwo, cierpię ja, ludzie, którzy mnie otaczają, bo ciągle jestem sfrustrowana.
Mały poszedł z babcią do sklepu. Karol jest w pracy i wyczekuję go z utęsknieniem. Tak dobrze się znamy, a jak nastolatki non stop piszemy smsy i nie możemy się doczekać na wspólnie spędzony czas. Już niedługo koszmar mojej fobii się skończy i będzie dobrze. Choć zastanawiam się, czy zastrzyk nie zaleczy tylko problemu, a on i tak zaszyje się gdzieś głęboko w mojej podświadomości. Wtedy potrzebny będzie psycholog. Będzie dobrze.

Zapominamy, zaczynamy

Miałam opisać kryzys, jaki przechodzi nasze małżeństwo, ale nie mam na to ochoty. Nie będę bić piany i jeszcze bardziej się zasmucać. Poza tym – nawet jak na anonimowego bloga – są to zbyt prywatne sprawy. Dziś postanowiłam odciąć się od złej przeszłości, a za symbol nowego życia uznaję zmianę fryzury. Wcześniej miałam dłuższe włosy, teraz są do ramion. Fryzjerce żal było je skracać, ale ja nie żałuję. Były zmęczone, zniszczone i w końcu odżyły! Wyglądają też całkiem, całkiem. Karol uważa, że są bardzo krótkie, ale podoba mu się nowa fryzura.
Synek zapyla „raczkami” po pokoju, zabawki są wszędzie. Mąż (nie wiem, o co chodzi?) wszedł do dziecięcego łóżeczka i tam zasnął. Ja popijam piwko i piszę notkę. I jakoś tak mi dobrze. I czuję, że będzie dobrze. I tak bym chciała, żeby było…

A co było dalej?

Siedem miesięcy później dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w ciąży. Nie była to typowa „wpadka”. Nie zabezpieczaliśmy się, ale też nie kochaliśmy się z kalendarzykiem w ręku. Miałam wtedy osiemnaście lat i byłam tuż po maturze. Kiedy zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym sparaliżowało mnie, ale trwało to krótko. Wiedziałam, że mam obok faceta, który nas nie zostawi i rodziców, którzy mnie nie skreślą i pomogą jak tylko będą mogli. Na początku był szok. Mamie pokazaliśmy test zaraz po pojawieniu się wyniku. Jej reakcją było bardzo wymowne „O kurwa!”. Tego samego wieczoru pojechaliśmy do rodziców Karola i poinformowaliśmy o dziecku. Miałam wrażenie, że w ogóle ich to nie zaskoczyło.
W piątym miesiącu ciąży wzięliśmy ślub cywilny. Nie chciałam iść do ołtarza z brzuchem. Pragnęłam, żeby wszyscy zobaczyli, jak bardzo kocham Karola i że wychodzę za niego tylko i wyłącznie z miłości, a nie przez wpadkę. Wiązało się z tym parę problemów, bo jego rodzice, a konkretniej mama, przywiązują dużą wagę do praktykowania wiary. Są raczej tradycjonalistami. Długo upierali się, że nie będą przykładać ręki do grzechu i na ślub nie przyjdą. W końcu chyba zrozumieli, że jesteśmy dorośli, nie zmienimy zdania i albo to zaakceptują albo będziemy żyć w niezgodzie.
W ciąży udało mi się zrobić jeden semestr studiów. Egzaminy zdawałam tydzień przed terminem porodu. Chciałam je przełożyć na „po porodzie”, ale mama przekonała mnie, że lepiej zrobić to wcześniej, bo potem ciężko będzie pogodzić naukę z opieką nad noworodkiem. Przeszłam na urlop dziekański, który kończy mi się w lutym. Jestem w domu, opiekuję się dzieckiem, a mąż nas utrzymuje. Mieszkamy z moimi rodzicami, rachunki płacimy na pół. Czasami się kłócimy i nie jest to miłe, ale potrafimy się szybko godzić i przynajmniej nie jest nudno! Marzy mi się osobne mieszkanie, ale na razie nas na nie nie stać. Wszystko w swoim czasie. Mam dopiero dwadzieścia lat, które skończyłam wczoraj. Nie przelewa się, ale mając przy swoim boku męża i syna jestem najbogatszą osobą na świecie!
Myślę, że marzenia – małe i duże – są nieodłącznym towarzyszem szczęśliwego człowieka. Spełniam jedno, wymyślam kolejne. Trzeba wyznaczać sobie cele. Jeśli wszystkie ci się pokończyły, możesz się położyć i czekać na śmierć, bo czy takie życie ma jakikolwiek sens?

Tak jak na początku

Znajomość z moim mężem zaczęła się na portalu społecznościowym. Dzięki wspólnej koleżance, z którą kiedyś mąż „kręcił”. Napisał do mnie. Byłam wtedy w okresie leczenia się z poprzedniego związku – młodzieńczego, niedojrzałego, ale to zrozumiałam dopiero później… Mój pogląd na mężczyzn wyglądał mniej – więcej tak: „On jest dupkiem.”, „Wszystkim facetom zależy tylko na jednym.”, „Dziękuję za związek raz na zawsze!”. Każdy gość był do dupy. Karol napisał w kiepskim momencie.
Od początku dało się wyczuć, że chce czegoś więcej. Pisaliśmy o wszystkim, zwierzaliśmy się sobie, a on często wspominał o spotkaniu. Nie chciałam tego, ale wiedziałam, że w końcu to nastąpi, bo ciekawość zobaczenia Karola w rzeczywistości, popatrzenia mu w oczy… dotknięcia, powoli brała nade mną górę. Są dziewczyny, które odkładają w czasie spotkanie, ponieważ chcą sprawdzić, czy facetowi się nie znudzi walka o nie. Sprawdzian. Mnie takie gierki nie interesowały. Odwlekałam w czasie ten moment, bo nie chciałam być kolejny raz zraniona, a czułam, że jak zobaczę Karola, zaangażuję się od razu. Z jednej strony nienawidziłam mężczyzn, a z drugiej pragnęłam, żeby któryś udowodnił mi, że akurat JEMU warto zaufać.
Wreszcie zdecydowałam się na spotkanie. Przyjechał po mnie samochodem i zrobiliśmy sobie przejażdżkę. Nie powinnam była zgadzać się na taką formę spotkania. Prosiłam się wręcz o gwałt i inne tego typu przestępstwa. Jeździliśmy po okolicznych miejscowościach. Z natury jestem wstydliwa i małomówna, kiedy kogoś poznaję. W tym przypadku rozmowa kleiła się wyjątkowo dobrze. W najmniejszym stopniu nie czułam się skrępowana. Wreszcie zdecydowaliśmy, że gdzieś zaparkujemy. Nie pamiętam już jak, ale szybko znaleźliśmy się na tylnych siedzeniach. Równie szybko zaczęliśmy się całować. Było przyjemnie i dziwnie. Karol odwiózł mnie do domu, a ja poczułam, że mężczyzn nie wolno wrzucać do jednego worka. Kiedy oprzytomniałam, zaczęły nawiedzać mnie niepokojące myśli… Na pierwszej randce całują się łatwe dziewczyny! Mogłam się pożegnać z głębszym uczuciem. Nic bardziej mylnego, uczucie zaczęło iskrzyć już wtedy!
Nie każde chwile były tak przyjemne. Aktualnie przechodzimy trudny okres. Pierwsze spotkanie opisałam dlatego, że pragnę powrócić do początku!

„Oh, take me back to the start….”

Witam na moim pchlim targu!

 

Nie wiem, czy jeśli moje życie zakończyłoby się dzisiaj, ocenilibyście je jako dobre czy złe. Z pewnością trudno byłoby je zaszufladkować, bo jak każdego człowieka – wyróżniają mnie wzloty i upadki. Za sześć dni kończę dwadzieścia lat, a dorobiłam się już męża i syna. To mój największy i jedyny majątek. Myślę, że najbezpieczniej będzie, jeśli określę swoje życie kolorowym. O nim będzie ten blog. O codzienności, o mnie, o nas, o naszej trudnej sytuacji i o tym, co aktualnie zaprząta moją głowę. Zamierzam tu urządzić pchli targ myśli, na którym być może ktoś znajdzie coś dla siebie lub wymieni się ze mną ciekawym spostrzeżeniem. Grafomania towarzyszyła mi odkąd nauczyłam się pisać. Pisać, zapisać, wypisać, przepisać, opisać… Ta strona mnie zaspokoi! Zaczynam już niedługo. Do zobaczenia :-)!